Podany e-mail jest niepoprawny!
Kartka z kalendarza
ZAPISKI Z KRUCHTY
(...)Naprawdę nie można powiedzieć, że pensja, którą dostaje młody fizyk jest bardzo niska, minimalna albo żałosna. Ona po prostu jest śmieszna. Dlatego In­stytut hojnie szafuje wolnym czasem.(...)
24 października 2008

Jeszcze jedna pigułka I jeszcze jeden bicz Jeszcze raz ta formułka Widać tak musi być
Widocznie to potrzebne Wznosić okrzyki łgać lub milczeć Wszystko jedno I do łóżka się kłaść
I na nowo od rana Maskować się i drżeć Głosować Donieść Skłamać i żyć Normalna rzecz

(St. Barańczak, z tomu „Sztuczne oddychanie")

Naprawdę nie można powiedzieć, że pensja, którą dostaje młody fizyk jest bardzo niska, minimalna albo żałosna. Ona po prostu jest śmieszna. Dlatego In­stytut hojnie szafuje wolnym czasem. Zwłaszcza wyjazdy „w teren" szybko profitują podwojeniem i potrojeniem urlopu. Co miesiąc jeżdżę więc z ekipą biologów na jeziora w Gnieźnieńskiem, a po drodze wpadam na parę godzin do Poznania. I choć zawsze czuję się obco idąc przez wypełnione przyciężkawymi budowlami ponure centrum wielkopolskiej stolicy, to jednak radość z odwiedzenia przyjaciół jest znacznie większa. Bardzo mało jest w świecie takich domów, gdzie gospoda­rze są nie tylko tak mądrzy, ale też i tak serdeczni jak Barańczakowie.

Jest późne popołudnie 16. października 1978 roku. Dojeżdżam autobusem aż do pętli na ogromnym blokowisku dumnie zwanym Osiedlem Kopernika. „Każdy z nas ma schronienie w betonie, oprócz tego po jednym balkonie, na nim skrzyn­kę, gdzie sadzi begonie" — pisał doktor polonistyki zajmujący mieszkanie spół­dzielcze przy ul. Newtona 8A. Dokoła sterczą jakby klonowane bez końca blok od bloku „z rzadkiego biota, z gliny wil­gotnej wyrosłe wieżowce" pod którymi przycupnęło parę budek „prywaciarzy" (dykta? sklejka? tektura? płyta pażdzie-rzowa?) i sklep mięsny wypełniony szere­gami pustych haków („Kobiety w średnim wieku, staruszki, emeryci: za czym stanę­liście murem pod murem tej kamienicy, w której ceglanym pierścieniu tkwi bry­lant witryny »MIĘSO«?").

Z Anną i Stanisławem rozmawiamy o nowościach „drugiego obiegu"; o kolej­nych zatrzymaniach naszych przyjaciół; o paru opozycyjnych maniakach, którzy uwierzywszy w swój geniusz utrudniają ludziom życie nie gorzej od SB; chwalę się przygotowaniem I Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej, w którym uczestniczyć będą Cywiński, Mazowiecki, Bartoszeski, Woźniakowski i Kisiel; Potem ciepło mówimy o krótkim pontyfikacie Jana Pa­wła i o rozpoczynającym się konklawe. Jesteśmy przekonani, że potrwa dobrych parę dni. Na zakończenie dostaję „Sztucz­ne oddychanie", pięknie ilustrowany przez Lebensteina tomik Barańczakowych wierszy. Na pierwszej stronie Stani­sław napisał: „Maćkowi, z przyjaźnią i z nadzieją, że nasze oddychanie w PRL będzie może wkrótce bardziej naturalne". Trzeba jechać. Zawijam starannie książe­czkę w sweter i chowam na dno plecaka. Autobus czeka na pętli. Dworzec. I coraz większa nadzieja, że mi się tym razem upiecze. Niestety, tuż przed wejściem na peron słyszę sakramentalne: „Pan pozwo­li z nami". Mówi się trudno. Nie bardzo można im nie pozwolić. Idę więc w asyście dwóch mundurowych na komisariat. Boję się bardziej niż zwykle, bo do odjazdu pociągu pozostało już tylko paręnaście minut, a co gorzej mogą mi odebrać pre­zent od Staszka. Na szczęście wygląda to na tradycyjne „spisanie", które serwują mi po każdej wizycie w Poznaniu. Od­wiedzanie poetów z samej swojej natury stanowi bowiem realną groźbę dla „przo­dującego ustroju" („Przerwali czytanie, ponieważ są pewne słowa i radzimy panu po dobroci; Odebrali wiersze, ponieważ są pewne granice i umówmy się; Spisali wszystkich, ponieważ są pewne przepisy i niech pan nie nadużywa naszej cierp­liwości"). Milicjanci są nawet całkiem grzeczni. Tłumaczą, że jestem zatrzyma­ny ze względu na podobieństwo do ściga­nego listem gończym przestępcy. Gdy wzruszam ramionami i mówię, że spisują mnie w Poznaniu co miesiąc, wcale nie bronią kryminalnej wersji. Przyznają, że działają na polecenie „góry". „Ale kazali nam was tylko spisać" — dodają pojed­nawczo. Kamień z serca. Nie dość, że plecak zostawią w spokoju, to może jesz­cze zdążę na pociąg. Jest już wieczór. Zdezelowany, zatrzymujący się nieledwie na widok ławki stojącej przy torach, nie­biesko-żółty „trójczłon" leniwie wlecze się w kierunku Trzemeszna. Podejrzliwie rozglądam się po kompletnie opustosza­łym wagonie (może to podstęp? — kołacze się myśl w mózgu konspiratora mimo woli) i sięgam do plecaka. Kolebiąc się w rytm stukoczących po szynach kół po­ciągu czytam poetycką opowieść o szarym peerelowskim N.N., który oduczył się żyć w Ludowej Ojczyźnie, ale nie umiał popeł­nić samobójstwa. Co parę minut — wzglę­dy bezpieczeństwa — przerywam lekturę i kontrolnie omiatam kątem oka pusty wagon. Na końcu „Hymn wieczorny": ... Powiedz dlaczego jej dłoń coraz cięższa i coraz bardziej brakuje powietrza kiedy nad nami ciemna i zwycięska zapada noc

Dlaczego dławi nas dlaczego śnimy oblani potem że się nie zbudzimy że wiecznie będzie nad lata i zimy zapadać noc

Nikt nie odpowie Nad ziemią nad miastem ponad pokojem nad ciałem twym własnym głuchym spokojem i zwyczajnym kłamstwem zapada noc...

Tuż przed dziesiątą pociąg doturlał się wreszcie do Trzemeszna. Czeka mnie dłu­gi spacer, bo jezioro leży po drugiej stronie miasta. Po prawej wielka bryła bazyliki (sprawdzić, czy nikt się nie czai?). Na rynku stoi nieruchomo parę osób. Mierzę je bacznym spojrzeniem starając się roz­poznać agentów. Najbardziej podejrzani są ci wyglądający najniewinniej. Ale to chyba jednak klienci sklepu meblowego, który otworzą jutro przed południem. Zastanawiając się, czy można podstawić SB-ków jako kolejkę docieram do naszych kwater nad jeziorem. Kierowcy i technicy przyjechali parę godzin wcześniej. W ich pokoju jest ciemno. Popili pewnie zaraz po przyjeździe i szybko do łóżka. Na wszel­ki wypadek zaglądam. Szczupły chłopa­czek, p. Marek, jeszcze nie zasnął. Podnosi głowę na mój widok: — „Dobry wieczór panie magistrze. Wie pan kogo wybrali na papieża?" Już wybrali? Jak to? Tak szyb­ko? Mów pan! -- „Polaka... kardynała Wojtyłę". Spił się! Bałwan jeden. „Jest pan pijany" — mówię wściekły, że dałem się nabrać na głupi dowcip. „Nie jestem" — oponuje technik. Nie bacząc na śpiącą w pokoju ekipę zapalam światło. Pan Mareczek, pierwszy podrywacz Instytu­tu, mruży ciemne ślipia mrugając długimi rzęsami. Musieli pić. Może nawet niewie­le, ale zawsze piją. Taka jest tradycja. Nie jestem jednak pewien czy trochę zmętniałe spojrzenie p. Marka jest efektem krążących w jego żyłach promili, czy też nagłego oślepienia ostrym światłem. Nie mogę tak trwać w niepewności. Zbiegam na dół i bez chwili wahania wdzieram się do sąsiedniego budynku. Chyba po raz pierwszy w życiu nie stać mnie na ulega­nie mej nieśmiałości. W tej chwili jest mi całkiem obojętne, że jest to mieszkanie dyrektora PGR. W jednym z okien na parterze dostrzegam zapalone światło i słyszę przytłumiony dialog płynący z te­lewizora. Nieporadnie przebijam się przez ciemną kuchnię oraz korytarz. Otwieram drzwi do pokoju. Na łóżku w fioletowym szlafroku zarzuconym na halkę leży syno­wa dyrektora. Pomimo telewizyjnej strze­laniny i światła płynącego z kinkietów śpi jak zabita. Przekraczam wszystkie życio­we poziomy odwagi i zaczynam ją tar­mosić za ramię. Młoda pulchna kobieta zaczyna chrapać. Szarpię coraz brutal­niej. Dopiero po dłuższej chwili unosi

o parę milimetrów powieki. „Kto został papieżem?" — mówię głośno. Jej połys­kująca od nawilżającego kremu twarz po­zostaje nieporuszona. „Kto jest papie­żem?" — prawie krzyczę. „Eee.. no... jakiś biskup z Krakowa" — odpowiada i chra­piąc wali się na bok. Zbliża się północ.

J nad poddaniem się i nad niezgodą

1 nad ugodą czyjąś z samym sobą

Ponad niewolą i ponad swobodą

Zapada noc

Wychodzę nad jezioro. Maleńkie zmarsz­czki fal bezgłośnie omywają przybrzeżny piasek. Mleczna Droga delikatnie rozcina i wodę, i niebo. Staram się modlić, ale wszelki wysiłek jest bezsensowny, gdy każdy nerw i każda żyłka pulsują stopione z rytmem otulającego nocny mrok kosmo­su. A może raczej po raz pierwszy na moment przestały wibrować i dlatego jest tak idealnie cicho? Bywają takie chwile w których nikną nawet niewypowiedzia­ne słowa i rozwiewają się najprostsze myśli. Człowiek widząc, że jest jedynie przechodniem po rzeczywistości, dotyka wtedy prawdziwego pokoju. Wie — a nie jest to odkrycie smutne - iż to co istotne odbywa się całkowicie poza nim. Rozu mie, że chociaż wszystko wygląda z poru tak samo, jest przecież inne. I nigdy już nie będzie takie same, choć w uszach dźwięczą jeszcze strzępy minionych rozmów a pamięć wciąż podsuwa skrawki ż starych wierszy. Nie chcę, a raczej po prostu nie jestem w stanie ogarnąć tego, co się dopiero ę zaczyna, lecz wiem z całkowitą jasnością, z że to nie tylko początek, ale i koniec.

Ponad głowami i ponad słowami

Zapada noc

Zapada noc

Zapada noc

MACIEJ ZIĘBA OP

 

PS. Obawiam się, Drogi Czytelniku, że na szacowne łamy „Tygodnika" powrócą reakcyjno-prawicowe „Zapiski". Jest to wina politycznego kunsztu sen. Kozłowskiego, któremu tą drogą składam serdeczne „Bóg zapłać" (ale to na niego spada teraz lwia część odpowiedzialnościza głoszone „z kruchty" poglądy).

Tygodnik Powszechny 17.10.1993

Biuro w Krakowie
email
ul. Dominikańska 3/13 31-043 Kraków
tel. 012 423 11 75
otwarte: pon. - pt. 9-15
Biuro we Wrocławiu
email
ul. Nowa 4/1b 50-082 Wrocław
Biuro w Warszawie
email
ul. Freta 20/24a pok. 108 00-227 Warszawa