Najpierw trzy scenki, których byłem naocznym świadkiem.
- Mój współbrat (rzecz dzieje się za granicą) po dłuższej dyskusji na temat spowiedzi i Eucharystii mówi do mnie: — Jesteś strasznie ontologiczny w myśleniu o sakramentach. Odpowiedziałem: — Bo to Pan Bóg jest ontologiczny. Milczał i zastanawiał się długo. — Dawno tak nikt ze mną nie rozmawiał. Może byś u nas wygłosił rekolekcje?
- Msza dla harcerzy (tym razem w Polsce). Już pogodziłem się, że w modlitwie wiernych modlimy się za tych, którzy „odeszli na wieczną wartę", lecz gdy chwilę później dowiedziałem się, iż wszystkie modlitwy kierujemy do „naszego Wielkiego Drużynowego", naprawdę nie wiedziałem: śmiać się czy płakać.
- Ciszą po Komunii (znów za granicą). Kapłan wyjmuje spod ornatu flet (boczny) i gra w ramach dziękczynienia sonatę Bacha.
Przypomniałem te obrazki, by podkreślić, że podzielam niepokoje ks. Paczosa. Bardzo realnie grozi nam przeestetyzowanie naszej posługi (choć nie mam nic przeciwko Bachowi), naiwne akomodowanie (niebo jako „wieczna warta", brr), zapatrzenie w „najnowsze odkrycia" teologii, które mogą gubić istotę problemu. Z drugiej jednak strony, niezbyt jasno widzę alternatywę, którą stawia przed nami „meczenie w chórze": Albo kaznodziejski banał albo język zdesakralizowany. To przeciwstawienie na tyle jest karykaturą, że utrudnia postawienie problemu. Zapewne przecież nie ma między ks. Paczosem i mną różnicy zdań, że oba człony tej alternatywy należy odrzucić. Pozostaje jednak problem: jak współczesnemu człowiekowi głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu, a takoż mówić mu o grzechu i o sądzie(por. J. 16,8). Przyznam, że w głoszeniu Ewangelii znacznie mniejszą wagę przywiązywałbym do słów (choć nie twierdzę, że są one nieważne!) niż do tego, k t o i do kogo przemawia. Ten „kto" powinien być kimś opowiadającym o rzeczach, które są dla niego bardzo ważne, kto obcuje z rzeczywistością o której opowiada i komu bardzo zależy, by podzielić się nią ze słuchaczami. Jeżeli spełnia te warunki, nie grozi mu niebezpieczeństwo zeświecczenia.
Bezsprzecznie, dla pierwszych głosicieli Ewangelii istniało ogromne niebezpieczeństwo zamknięcia opowieści o Jezusie w świecie pojęć, obrazów i tradycji hebrajskiej lub słów i terminów kultury greckiej. Ratowało ich to, że opowiadali o „Słowie życia" (jakże ryzykowne było użycie przez Jana wyrazu „logos" mającego precyzyjnie ustalone i całkowicie niechrześcijańskie znaczenie!), to co ujrzeli własnymi oczami, na co patrzyli i czego dotykały ich ręce (por.1 J,1,1). Dlatego św. Paweł nie wahał się niekiedy mówić o Chrystusie, wykorzystując głównie obrazy Starego Testamentu, i podkreślać swą arcyhebrajskość, czasem zaś chwaląc tradycję helleńską i posługując się stoicką terminologią. Wielu też pierwszych pisarzy i Doktorów Kościoła z podziwem i sympatią patrzyło na kulturę antyczną, doszukując się w niej chrześcijańskich elementów. Dziś może nam się nawet wydawać to trochę naciągane czy naiwne, ale dzięki temu udawało im się łatwiej otworzyć świat antyku na Chrystusa, zaszczepić chrześcijaństwo w opiniotwórczych kręgach ówczesnych naukowców i artystów, głosić Dobrą Nowinę pomiędzy „pracownikami mediów" i ludźmi władzy. Z pewnością bardzo łatwo można było oskarżyć o rozcieńczanie wiary, redukcjonizm, modernizm i wyprzedaż religijnego języka św. Augustyna, gdy pisał, że Wergiłiusz w Czwartej Georgice zapowiada przyjście Pana Jezusa, Klemensa Aleksandryjskiego ukazującego w Odyseuszu typ Chrystusa czy św. Justyna Męczennika snującego analogie pomiędzy Sokratesem i Jezusem. A jednak każdego z nich zaliczamy do największych teologów i krzewicieli prawdziwej wiary. Niezmiernie odważnie, wręcz ryzykownie korzystali oni z niechrześcijańskiej formy, aby głosić chrześcijańskie orędzie, i robili to bardzo skutecznie. Dlatego istotniejsze wydaje mi się, kto jest głosicielem Ewangelii, niż jakiego języka używa. Bardzo istotne jest również, komu głosi się Ewangelię.
Nie musi wcale być odstępstwem od wiary ani uleganiem mocom tego świata, gdy mówiąc o realnej obecności Pana Jezusa w Eucharystii, nie użyję terminu „transsubstancjacja", mimo że jest to słowo uświęcone tradycją i bardzo precyzyjnie opisujące Przeistoczenie. Wszystko zależy od tego, czy moim słuchaczom słowo „transsubstancjacja" przybliży zrozumienie, czy też utrudni przyjęcie tej Tajemnicy Wiary. Gdybym znalazł się w środowisku młodzieży odległej od wiary i podrwiwającej sobie z religii, to gdybym wiedział, że słowo „nuda" czy banał" bardziej zrazi ich do niemoralnego zachowania niż słowo „grzech", użyłbym słowa „banał" (mając jednak nadzieję, że z czasem uda mi się ich doprowadzić do zrozumienia słowa „grzech" i do odwrócenia się od grzechu). Niedawno odprawiałem Mszę świętą dla absolwentów wydziału fizyki. Nie znając tego dość przypadkowego grona uczestników, w kazaniu wyszedłem od fascynacji fizyką, która leży na skrzyżowaniu poezji i filozofii, a potem — mając nadzieję, że nie rozcieńczam Ewangelii — wykorzystałem poglądy Maxwella oraz Schroedingera, pokazujących ograniczenia fizycznego poznania, i opowiedziałem im o przygodzie poznawania duchowego Tego, Który Jest Miłością.
Niezmiernie dużo zależy od tego, jakiej grupie głosimy Ewangelię: jak głęboko zakorzeniona jest w wierze, jakie są jej możliwości intelektualne, w jakim słuchacze są wieku, ilu ich jest, czy mam z nimi sporadyczny czy stały kontakt, a nawet — choć to już drobiazgi — o jakiej porze dnia i w jakim wnętrzu przemawiam.
W czasie ostatniego Wielkiego Postu miałem dwie serie rekolekcji akademickich (a więc do dość jednorodnego i podobnego grona słuchaczy). W Lublinie, gdzie byłem po raz pierwszy, mówiąc do grona, które zebrało się wyłącznie na okres rekolekcji, opowiadałem o błogosławieństwach, o Bożej Miłości, która chce nas doprowadzić do szczęścia. W Gdańsku — gdzie bywałem parę razy, a w kościele gromadzi się od dawna w miarę stałe grono — opowiadałem o bojaźni Bożej i Bogu porażającym mocą (por. Iz 40,10) i budzącym grozę (por. Rdz 28, 17). Jednym i drugim chciałem powiedzieć to samo: otwórzcie się głębiej na Chrystusa, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię, ale wyczucie duszpasterskie (a takoż — mam nadzieję — Duch Święty) podpowiadało mi, by w tym celu wykorzystać całkowicie odmienne tematy.
Podobnie jak ks. Paczos boję się rozcieńczenia Ewangelii, erozji religijnego języka i ulegania zmiennym intelektualnym modom, które mogą zakłócić przekazywanie depozytu wiary. Jednakże istotę problemu postrzegam w wychowaniu gorliwych i świętych oraz — ale to już wtórne — dobrze teologicznie wyedukowanych głosicieli Ewangelii. Nie zaszkodzi im wtedy ani Platon, ani nawet Marcuse, ani język Rahnera czy teorie Teilharda de Chardin, ani też terminologia neognozy, New Age i slang młodzieżowy. W końcu, jak powiedział pewien gorliwy i święty głosiciel Ewangelii, wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia
(Flp 4, 13)-
MACIEJ ZIĘBA OP
"Ład"26 września 1993


