Podany e-mail jest niepoprawny!
Czy święty Augustyn był modernistą?
W 36. numerze „Ładu" zamieściliś­my artykuł ks. Krzysztofa Paczosa MIC „Kościelna nowomowa". O wy­powiedź w tej sprawie poprosiliśmy dyrektora Wydawnictwa „W Dro­dze" o. Macieja Ziębę OP. Do dys­kusji nad „kościelnym językiem" za­praszamy także Czytelników.
24 października 2008


Najpierw trzy scenki, których byłem nao­cznym świadkiem.

- Mój współbrat (rzecz dzieje się za granicą) po dłuższej dyskusji na temat spo­wiedzi i Eucharystii mówi do mnie: — Jesteś strasznie ontologiczny w myśleniu o sak­ramentach. Odpowiedziałem: — Bo to Pan Bóg jest ontologiczny. Milczał i zastanawiał się długo. — Dawno tak nikt ze mną nie rozmawiał. Może byś u nas wygłosił rekolek­cje?

- Msza dla harcerzy (tym razem w Po­lsce). Już pogodziłem się, że w modlitwie wiernych modlimy się za tych, którzy „ode­szli na wieczną wartę", lecz gdy chwilę później dowiedziałem się, iż wszystkie mod­litwy kierujemy do „naszego Wielkiego Drużynowego", naprawdę nie wiedziałem: śmiać się czy płakać.

- Ciszą po Komunii (znów za granicą). Kapłan wyjmuje spod ornatu flet (boczny) i gra w ramach dziękczynienia sonatę Bacha.

Przypomniałem te obrazki, by podkreślić, że podzielam niepokoje ks. Paczosa. Bardzo realnie grozi nam przeestetyzowanie naszej posługi (choć nie mam nic przeciwko Bacho­wi), naiwne akomodowanie (niebo jako „wieczna warta", brr), zapatrzenie w „naj­nowsze odkrycia" teologii, które mogą gubić istotę problemu. Z drugiej jednak strony, niezbyt jasno widzę alternatywę, którą sta­wia przed nami „meczenie w chórze": Albo kaznodziejski banał albo język zdesakralizowany. To przeciwstawienie na tyle jest kary­katurą, że utrudnia postawienie problemu. Zapewne przecież nie ma między ks. Paczosem i mną różnicy zdań, że oba człony tej alternatywy należy odrzucić. Pozostaje jed­nak problem: jak współczesnemu człowieko­wi głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu, a takoż mówić mu o grzechu i o sądzie(por. J. 16,8). Przyznam, że w głoszeniu Ewangelii znacz­nie mniejszą wagę przywiązywałbym do słów (choć nie twierdzę, że są one nieważne!) niż do tego, k t o i do kogo przemawia. Ten „kto" powinien być kimś opowiadającym o rzeczach, które są dla niego bardzo ważne, kto obcuje z rzeczywistością o której opo­wiada i komu bardzo zależy, by podzielić się nią ze słuchaczami. Jeżeli spełnia te warunki, nie grozi mu niebezpieczeństwo ześwieccze­nia.

Bezsprzecznie, dla pierwszych głosicieli Ewangelii istniało ogromne niebezpieczeńs­two zamknięcia opowieści o Jezusie w świecie pojęć, obrazów i tradycji hebrajskiej lub słów i terminów kultury greckiej. Ratowało ich to, że opowiadali o „Słowie życia" (jakże ryzykowne było użycie przez Jana wyrazu „logos" mającego precyzyjnie ustalone i cał­kowicie niechrześcijańskie znaczenie!), to co ujrzeli własnymi oczami, na co patrzyli i cze­go dotykały ich ręce (por.1 J,1,1). Dlatego św. Paweł nie wahał się niekiedy mówić o Chrystusie, wykorzystując głównie obrazy Starego Testamentu, i podkreślać swą arcyhebrajskość, czasem zaś chwaląc tradycję helleńską i posługując się stoicką terminolo­gią. Wielu też pierwszych pisarzy i Dok­torów Kościoła z podziwem i sympatią pat­rzyło na kulturę antyczną, doszukując się w niej chrześcijańskich elementów. Dziś może nam się nawet wydawać to trochę naciągane czy naiwne, ale dzięki temu uda­wało im się łatwiej otworzyć świat antyku na Chrystusa, zaszczepić chrześcijaństwo w opiniotwórczych kręgach ówczesnych naukowców i artystów, głosić Dobrą Nowinę pomiędzy „pracownikami mediów" i ludźmi władzy. Z pewnością bardzo łatwo można było oskarżyć o rozcieńczanie wiary, reduk­cjonizm, modernizm i wyprzedaż religijnego języka św. Augustyna, gdy pisał, że Wergiłiusz w Czwartej Georgice zapowiada przyjście Pana Jezusa, Klemensa Aleksand­ryjskiego ukazującego w Odyseuszu typ Chrystusa czy św. Justyna Męczennika snu­jącego analogie pomiędzy Sokratesem i Je­zusem. A jednak każdego z nich zaliczamy do największych teologów i krzewicieli praw­dziwej wiary. Niezmiernie odważnie, wręcz ryzykownie korzystali oni z niechrześcijańskiej formy, aby głosić chrześcijańskie orę­dzie, i robili to bardzo skutecznie. Dlatego istotniejsze wydaje mi się, kto jest głosicie­lem Ewangelii, niż jakiego języka używa. Bardzo istotne jest również, komu głosi się Ewangelię.

Nie musi wcale być odstępstwem od wiary ani uleganiem mocom tego świata, gdy mówiąc o realnej obecności Pana Jezusa w Eucharystii, nie użyję terminu „transsubstancjacja", mimo że jest to słowo uświęcone tradycją i bardzo precyzyjnie opisujące Przeistoczenie. Wszystko zależy od tego, czy moim słuchaczom słowo „transsubstancjacja" przybliży zrozumie­nie, czy też utrudni przyjęcie tej Tajemnicy Wiary. Gdybym znalazł się w środowisku młodzieży odległej od wiary i podrwiwającej sobie z religii, to gdybym wiedział, że słowo „nuda" czy banał" bardziej zrazi ich do niemoralnego zachowania niż słowo „grzech", użyłbym słowa „banał" (mając jednak nadzieję, że z czasem uda mi się ich doprowadzić do zrozumienia słowa „grzech" i do odwrócenia się od grzechu). Niedawno odprawiałem Mszę świętą dla absolwentów wydziału fizyki. Nie znając tego dość przypadkowego grona uczestni­ków, w kazaniu wyszedłem od fascynacji fizyką, która leży na skrzyżowaniu poezji i filozofii, a potem — mając nadzieję, że nie rozcieńczam Ewangelii — wykorzystałem poglądy Maxwella oraz Schroedingera, po­kazujących ograniczenia fizycznego pozna­nia, i opowiedziałem im o przygodzie po­znawania duchowego Tego, Który Jest Miłością.

Niezmiernie dużo zależy od tego, jakiej grupie głosimy Ewangelię: jak głęboko zakorzeniona jest w wierze, jakie są jej możliwości intelektualne, w jakim słuchacze są wieku, ilu ich jest, czy mam z nimi sporadyczny czy stały kontakt, a nawet — choć to już drobia­zgi — o jakiej porze dnia i w jakim wnętrzu przemawiam.

W czasie ostatniego Wielkiego Postu mia­łem dwie serie rekolekcji akademickich (a więc do dość jednorodnego i podobnego grona słuchaczy). W Lublinie, gdzie byłem po raz pierwszy, mówiąc do grona, które zebrało się wyłącznie na okres rekolekcji, opowiadałem o błogosławieństwach, o Bożej Miłości, która chce nas doprowadzić do szczęścia. W Gdańsku — gdzie bywałem parę razy, a w kościele gromadzi się od dawna w miarę stałe grono — opowiadałem o bojaźni Bożej i Bogu porażającym mocą (por. Iz 40,10) i budzącym grozę (por. Rdz 28, 17). Jednym i drugim chciałem powie­dzieć to samo: otwórzcie się głębiej na Chry­stusa, nawracajcie się i wierzcie w Ewan­gelię, ale wyczucie duszpasterskie (a takoż — mam nadzieję — Duch Święty) pod­powiadało mi, by w tym celu wykorzystać całkowicie odmienne tematy.

Podobnie jak ks. Paczos boję się rozcień­czenia Ewangelii, erozji religijnego języka i ulegania zmiennym intelektualnym mo­dom, które mogą zakłócić przekazywanie depozytu wiary. Jednakże istotę problemu postrzegam w wychowaniu gorliwych i świę­tych oraz — ale to już wtórne — dobrze teologicznie wyedukowanych głosicieli Ewangelii. Nie zaszkodzi im wtedy ani Pla­ton, ani nawet Marcuse, ani język Rahnera czy teorie Teilharda de Chardin, ani też terminologia neognozy, New Age i slang młodzieżowy. W końcu, jak powiedział pe­wien gorliwy i święty głosiciel Ewangelii, wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia

(Flp 4, 13)-

MACIEJ ZIĘBA OP

"Ład"26 września 1993

Biuro w Krakowie
email
ul. Dominikańska 3/13 31-043 Kraków
tel. 012 423 11 75
otwarte: pon. - pt. 9-15
Biuro we Wrocławiu
email
ul. Nowa 4/1b 50-082 Wrocław
Biuro w Warszawie
email
ul. Freta 20/24a pok. 108 00-227 Warszawa