Secundo, środowisko nauczycieli — co pokazuje empiria jest niezbyt zdolne do zainicjowania skutecznej odnowy, a reforma narzucana odgórnie stanie się biurokratycznym molochem potęgującym postawy konformistyczne.
Tertio, kształt proponowanych zmian, o których co pewien czas można usłyszeć lub przeczytać, budzi głęboki niepokój. Z jednej strony (nauczycieli), w projektach reformy nie liczy się z rzeczywistością i abstrahuje od tego, jacy ludzie pracują w szkołach, mówiąc o tworzeniu programów minimum; resztę pozostawiając twórczej inwencji pedagogów. Ze strony drugiej (uczniów), poddaje się dyktatowi rzeczywistości głosząc, że celem szkoły jest harmonijny i bezstresowy rozwój osobowości ucznia, a nie obciążanie go datami, nazwiskami, faktami. Sformułowanie to tyleż sympatyczne, co i mętne ma oznaczać m.in. skasowanie egzaminów i klasówek oraz takie dopasowywanie programów, by nauka w szkole była dla młodych ludzi — przede wszystkim — przyjemnością.
O niebezpieczeństwach takiego pojmowania edukacji pisałem rok temu w „Zapiskach z kruchty" („Tajny renesans polskiej szkoły?" TP 12/1992). Płynie bowiem za tym postulat, aby odciążyć programy od nieczytelnych dla współczesnego człowieka przebrzmiałych historycznych wydarzeń, nikomu niepotrzebnego balastu faktów i uwarunkowań minionych epok. Sformułowania takie da się jeszcze z biedą obronić mówiąc, że idzie tu o odciążenie od przerostów", ale trzeba to zastrzec bardzo wyraźnie, precyzując zarazem owe „przerosty". Bez tych zastrzeżeń poważnie się lękam, że pod wpływem ahistoryzmu obecnych czasów, w sposób prawie niezauważalny dla rodziców i społeczeństwa jako całości dokona się w szkole polskiej prawdziwa rewolucja.
Nie zauważa tego niebezpieczeństwa nawet trójka wrażliwych, nonkonformistycznych i inteligentnych polonistów („TP" 22/1993) uznając, że ponieważ młodzież jest radykalnie ahistoryczna, zatem reforma w nauczaniu literatury powinna polegać ha oderwaniu dzieła od historycznego kontekstu. Zamiast rozważyć, jak za wszelką cenę ów kontekst uczynić ciekawie podanym i sensownym, jak sprawić, by ową generację zakorzenić w kulturze, pokazać, w jaki sposób pod- stawowe pytania człowieka, nasze pytania, są artykułowane w ludzkich dziejach i jak różne konteksty historyczne różnicują odpowiedzi na owe pytania, sugeruje się programową kapitulację. Być może nawet najlepsi nauczyciele nie dostrzegają, że nie jest to decyzja taktyczna, lecz strategiczna, a nawet więcej — cywilizacyjna. Zwłaszcza, że troszkę się odsłaniają w swym artykule, gdy piszą np., iż „scholastyka była nastawiona na podawanie absolutnie nieużytecznych prawd objawionych". Tego typu widzenia historii uczono ongiś na WUML (dla młodszych: to były takie wieczorowe kursy marksizmu i leninizmu, a Marks-filozof i Lenin-polityk, to tacy dwaj panowie, którzy strasznie namieszali w historii najnowszej). Jak zatem mają uczyć sensowności historycznego kontekstu nauczyciele, którzy nie mieli w ręce nie tylko tomów Gilsona, lecz i dzieł Tatarkiewicza czy Swieżawskiego? Zgoda na oderwanie młodej generacji od historii, to nie jest zmiana techniki nauczania, uwolnienie od balastu dziwacznych etosów, hermetycznych i przebrzmiałych dysput, czy „bezużytecznych prawd objawionych". To jest zgoda na dokonanie zbiorowej lobotomii — wycięcia płata mózgu u całej generacji, z płonną nadzieją, że będzie dzięki temu mniej zestresowana i szczęśliwsza, przetrwanie cywilizacji zależy od ciągłości jej edukacyjnej tradycji — pisał Dawson — wspólny, powszechny system szkolny tworzy wspólny świat przekonań, ze wspólnie dzielonymi wartościami intelektualnymi i wspólnym dziedzictwem wiedzy. Nadają one społeczeństwu poczucie własnej identyczności i dają wspólną pamięć o tym co było". Niech młodzi kontestują tradycję powstań (robiłem to), śmieją się z Romantyzmu (ja także), niech się dziwią naiwności Antygony czy Sokratesa (nie pojmowałem ich decyzji). Ale niech się jednak, na miły Bóg, nauczą, dlaczego do tych powstań doszło, dlaczego tato Chopin znalazł się w Polsce, a jego syn tworzył w Paryżu, i kto to był Kreon oraz że było coś takiego jak demokracja ateńska. Niechaj dostaną choć szansę na twórcze wyrośnięcie z — naturalnej i często sympatycznej — młodzieżowej kontestacji.
Jeżeli nawet gorliwi, zaangażowani nauczyciele nie doceniają znaczenia i żywotności tych kwestii również dla nas w Polsce w 1993 roku, to naprawdę można popaść w rozpacz.
Ale „nil desperandum" (czy "jutrzejsi" poloniści rozpoznają jeszcze ten cytat?) — nie rozpaczać! Piszę to wszystko wyłącznie po to, by podkreślić powagę sytuacji i naszą — każdego z nas — za nią odpowiedzialność. Taka już jest kolej rzeczy, twierdzi Bergson: „Kultura jest tradycją społeczną, która musi być przechowywana w pełnym bólu szarpaniu nie tyle z nieludzkimi siłami natury, co z rewolucyjną i krytyczną energią zawartą w ludzkim życiu i myśleniu". I nasza przyszłość zależy od tego, ilu ludzi w owym „pełnym bólu szarpaniu" weźmie udział. Dlatego śmiało rzec można, że żadna ilość wysiłku włożona w reformę polskiej szkoły nie jest marnotrawieniem energii. Im szkoła lepsza, a nawet im jest „mniej gorsza", tym dla nas wszystkich lepiej. Przecież nie w sztolniach, stoczniach, laboratoriach, smali- oraz big-businessach utrwali się zapaść cywilizacyjna lub rozwój Polski. Zadecyduje się to w szkołach.
Dla Kościoła jest to problem nie mniej poważny. Wykorzenienie z Tradycji oznacza absolutyzowanie swego czasu, powierzchowne i protekcjonalne traktowanie przeszłości, naruszenie realności doświadczenia ponadhistorycznej tożsamości i wspólnoty, ergo Kościoła. Jest więc, zwłaszcza w obecnej sytuacji, rzeczą o fundamentalnym znaczeniu położenie nacisku na sensowną edukację historyczną oraz opracowanie ciekawych, wręcz atrakcyjnych programów ukazujących młodym ludziom ponadczasowe piękno, zbyt zawiłych niekiedy dla współczesnej mentalności, ścieżek historii Zbawienia i historii Kościoła oraz dogmatów. Zarazem jednak, nie lekceważąc żadnych zabiegań o minimalną choćby poprawę obecnego stanu oświaty, trzeba też bardzo poważnie myśleć o zmianach systemowych.
Ani doraźne retusze, ani rozłożona na pokolenia reforma nie są odpowiedzią na stojące przed nami wezwania. Jeżeli chcemy mieć w Polsce dobrą szkołę, to trzeba w sposób systemowy rozbudować społeczne i prywatne szkolnictwo, tzn. skierować pieniądze podatników w znacznie większym stopniu niż dotychczas w kierunku „prywatyzacji" szkolnictwa. Nie oznacza to zamykania dostępu ubogim dzieciom do lepszych szkół. Uchowaj Boże! Rozsądnie zaplanowany system „kuponów oświatowych", który umożliwia uczniom dostęp do wybranej szkoły, powinien wyeliminować rażące niesprawiedliwości. Taki system uruchomi zarazem niewykorzystane dotąd pokłady rodzicielskiej energii, które mogą przełamać inercję szkolnego organizmu. Bo jeżeli reforma odgórna zawsze wspiera takich czy innych Pimków (bo Pimki nieco się różnią, a Pimki końca XX wieku pogardzające Pimkami z czasów „dwudziestolecia" różnią się od poprzedników głównie tym, że są gorzej wykształcone), to oddolnie uruchomiony mechanizm współzawodnictwa może przynieść w systemie szkolnym zasadniczą zmianę.
Rodzice znacznie lepiej niż kurator, dyrektor czy minister rozeznają, która szkoła jest dobra. Po pierwsze, mają lepsze lokalne rozeznanie „terenu". Secundo, zależy im bez porównania bardziej niż — nawet mądrym — urzędnikom państwowym na tym, by ich dzieci chodziły do dobrej szkoły. W końcu to idzie o ICH dzieci. Jeżeli więc chcą, by pociechy rozwijały się bezstresowo, bez ocen, bez historii, bez „scholastyki", trzeba dać im do tego prawo. Jeżeli zaś uważają, że szkoła powinna uczyć i wychowywać ich dzieci, dać intelektualne podstawy i kościec etyczny, by je dobrze przygotować do dojrzałego, dorosłego życia, również powinni mieć taką możliwość.
Zadaniem państwa jest stworzenie rodzicom możliwości wyboru oraz systemu równych szans i eliminowania nieuczciwej konkurencji. Nie wymaga to specjalnych nakładów, a jedynie zmiany systemu dystrybucji pieniędzy oraz stworzenia odgórnych łam dla reformy, która oddolnie będzie napełniała się treścią. Będzie to jednak możliwe dopiero wtedy, gdy powstanie szeroki ruch na rzecz reformy szkoły, którego rdzeniem będą rodzice wspierani przez media, intelektualistów, nauczycieli marzących o dobrej szkole oraz Kościół. Istnieją już poszczególne elementy takiego ruchu, ale wciąż nie ma szerokiego lobby formułującego konkretne postulaty, choć czas bezlitośnie ucieka. A przecież prawdziwa bitwa o Polskę w minimalnym jedynie stopniu toczy się na parlamentarnej arenie, na giełdowym parkiecie, czy redakcyjnych odprawach, a takoż w ministerialnych gabinetach czy — jak sądzą niektórzy — w archiwach MSW. Tę bitwę wygrywa się lub przegrywa każdego dnia w szkolnej klasie.
MACIEJ ZIĘBA, OP


