Podany e-mail jest niepoprawny!
Pontyfikat spotkania
O spotkaniu liberalizmu z katolicyzmem za pontyfikatu Jana Pawła II z o. Maciejem Ziębą rozmawiają Grzegorz Sieczkowski i Tomasz Wołek
24 października 2008
Ostatnio w kierowanym przez siebie wydawnictwie „W drodze" opublikował Ojciec książkę Michaela Novaka pod znamiennym tytułem „Liberalizm — sprzymierzeniec czy wróg Kościoła? ". Czy jest to może pewnego rodzaju prowokacja intelektualna?

 

Chętnie używamy wszelkich „izmów", bo łatwo opisują rzeczywistość. Albo w całości przekreślają albo bezkrytycznie afirmują. Rzeczywistość jednak jest bardziej skomplikowana. Możemy na przykład mówić o wielu bardzo różnych i niekiedy nawzajem się zwalczających liberalizmach. Ogólnie rzecz ujmując liberalizm nie jako ide­ologia, lecz jako technika życia społecznego na poziomie eko­nomicznym (wolny rynek) i politycznym (demokracja), jest mechanizmem sprawdzonym w praktyce i nader zgodnym — co podkreśla Jan Paweł II- z katolicką nauką społeczną. Na­tomiast liberalizm kulturowy w sensie odrzucenia idei prawdy absolutnej, a więc idei dobra i zła, owocuje w życiu społecz­nym relatywizmem oraz erozją więzi społecznych czy wre­szcie agresją międzyspołeczną. Taki liberalizm Kościół — ale czyni tak również bardzo wie­lu wybitnych myślicieli nie związanych z Kościołem — zdecydowanie odrzuca. W XIX wieku między liberalizmem a Kościołem była toczona wyjąt­kowo ostra i bezpardonowa wojna i wciąż jeszcze żyjemy na gruzach tamtej konfrontacji. Dzisiaj jednak mamy do czy­nienia z zupełnie inną sytuacją. Podróżujący po całym świecie papież w żadnej mierze nie jest już przysłowiowym „więźniem Watykanu", a współczesny li­berał wcale nie musi być woju­jącym antyklerykałem. W tych nowych warunkach — na progu XXI wieku — nie warto patrzeć na sprawy ekonomii i polityki w kategoriach dziewiętnasto­wiecznych.

 

Czy polski, jeszcze „nieopierzony" kapitalizm, często intelektu­alnie bardzo słaby, niekiedy przeradzający się bez mała we własną karykaturę, i ten Ko­ściół, będący przez lata bastio­nem oporu narodowego, ale jednocześnie mniej nakierowa­ny na wyzwania, które przyno­si współczesność, są w tych nietypowych polskich warun­kach do tego spotkania w rów­nym stopniu nieprzygotowane?

Pamiętam sympozjum w Waszyngtonie, na którym doszło do spotkania polskiej delegacji z czołówką zachodnich ekonomistów. Zagraniczni specjaliści za­rzucali naszej stronie brak przy­gotowania do przeprowadzania reform rynkowych. I wówczas wstał minister Maciej Kozłow­ski i zapytał: „Panowie dostali tysiące dolarów i napisali tysią­ce stron różnych prognoz, ale czy wśród nich jest chociaż jedna kartka, na której można zna­leźć poradę dla Europy Wscho­dniej jak zreformować gospodarkę? ". Zachodni eksperci musieli przyznać, że i oni nie potrafili przygotować się do klę­ski komunizmu. Dziś wszyscy muszą się uczyć, prezydent, parlament, akcjonariusze, robot­nicy, chłopi i Kościół. Może wy­dawać się, że jest to nauka po­wolna, ale w rzeczywistości jest to bardzo szybki proces. Musi­my pamiętać, że to, co się stało, jest prawdziwą rewolucją, że społeczeństwa Europy Środko­wo-Wschodniej wciąż przeży­wają ogromny szok związany ze zmianą całego systemu.

 

Refleksja dotycząca liberali­zmu demokratycznego i jego zderzenia z Kościołem była na polskim gruncie w sumie wą­tła i uboga. Nie intelektualnie, ale ilościowo. Wcześniej była oczywiście bogata publicysty­ka Mirosława Dzielskiego, był, niezwykle przewrotny, Stefan Kisielewski, byli też — w tro­chę innym stylu — Stanisław Stomma i Henryk Woźniakow­ski. Aleksander Hall również trącał te struny. Ale pomimo tak znaczących nazwisk tej re­fleksji było zbyt mało.

 

Totalne wyzwanie komunizmu domagało się unifikującej odpo­wiedzi. Dla Kościoła podstawo­wym problemem było ocalenie skrawków życia społecznego, w których mogła przetrwać wol­ność i prawda. „Solidarność" okazała się znakomitą antytotalitarną odpowiedzią ze strony społeczeństwa. Ale później z powodu swojej „molochowatości" stała się anachroniczna. Dziś rzeczywistość zadaje nam nowe pytania i musimy szukać nowych odpowiedzi.

Księża, jako jedna z niewielu grup społecznych w Polsce, ma­ją doświadczenia gospodarcze. Z kolei, paradoksalnie, wśród katolików świeckich dominują dwie tendencje. Pierwsza, zdo­minowana myśleniem historycz­nym, koncentruje się na resty­tucji struktur z przeszłości, zaś druga ogranicza się jedynie do rozważań czysto teoretycznych, polegających na żonglowaniu cytatami z papieskich encyklik.

 

Nie zgodziłbym się z tezą o po­zytywnym charakterze do­świadczeń gospodarczych kle­ru. Po pierwsze, nie jest to wcale takie dobre, bo przede wszystkim mamy głosić świa­tu Jezusa Chrystusa, w dodat­ku w sferze ekonomicznej mo­że zastąpić nas każdy, a w gło­szeniu Ewangelii i udzielaniu sakramentów jesteśmy w ja­kimś stopniu niezastąpieni. Nawet jeśli jednak księża po­siadali jakieś doświadczenie ekonomiczne, nie jest ono dziś przydatne, bo zostało nabyte w dość specyficznych warunkach tzw. gospodarki socjalistycz­nej. Zresztą, podobnie jak chło­pi, którzy wtedy byli bastio­nem przedsiębiorczości, a dzi­siaj w nowej sytuacji nie mogą się odnaleźć. Ja sam dość sprawnie poruszam się w no­wej rzeczywistości gospodar­czej, ale to nie dlatego, że je­stem księdzem, ale ponieważ jestem dyrektorem działającego na wolnym rynku wydawnic­twa. Ale kiedyś wydawnictwo od swojego szefa wymagało zu­pełnie innych umiejętności: musiał być sprawny w zała­twianiu przydziałów papieru i prowadzeniu rozmów z cenzu­rą. Nie musiał nic wiedzieć o marketingu, dystrybucji i efek­tywności, bo takie sfery w jego działalności nie istniały. Żartu­ję zresztą z moich amerykań­skich, wybitnych przyjaciół, takich jak Michael Novak, George Weigel czy Richard Neuhaus, piszący świetne książki o ekonomii i społecznej nauce Kościoła, że są tylko teoretyka­mi i pięknoduchami, a ja jeden jestem prawdziwym wolnoryn­kowym przedsiębiorcą. Nie bez przyczyny jednak ich wspominam, widząc jak po 1989 roku powstaje zupełnie nowa rzeczywistość ekonomiczna, polityczna i kulturo­wa, zrozumiałem, że dla mnie, również człowieka Kościoła — nie może to być obojętne. Za­cząłem więc szukać środowi­ska, które byłoby ortodoksyj­ne, prawdziwie katolickie, to znaczy nie rozcieńczało wiary, nie akomodowało Ewangelii do potrzeb świata, ale znajdo­wało się, w krytycznym, lecz mądrym i twórczym dialogu ze współczesnością. I wtedy odkryłem środowisko grupują­ce się wokół takich pism jak „Crisis" czy „First Things", którego liderami są wspomnia­ni przeze mnie trzej Ameryka­nie. I od tego czasu współpra­cujemy ze sobą.

 

Dla większości chrześcijan jedy­nym ewangelicznym obrazem związanym z biznesem jest wy­gnanie kupców ze świątyni.

Z Ewangelii można wyczytać krytyczny stosunek do bogac­twa, ale nie jest to jednoznacz­ne potępienie. Zawsze przecież trzeba pamiętać, że Ewangelia nie jest podręcznikiem ekono­mii politycznej czy gospodar­czej, ale jest podręcznikiem „ekonomii zbawienia". Kry­tyczny stosunek do bogactwa w Ewangelii jest raczej wynikiem tradycji antycznej, w któ­rej lekceważono działalność gospodarczą. W dodatku w go­spodarce quasi-statycznej boga­cenie się łączyło się najczęściej z niegodziwością. Jeśli ktoś chciał szybko zarobić, wybierał się na wojnę. Tylko ona dawała szansę na duży zarobek, a w mniejszej skali można było za­jąć się zbójeckim łupieniem al­bo też lichwą. Korzyści mająt­kowe mógł dawać jeszcze serwilizm, przypochlebianie się możnym tego świata. Dzisiaj jednak mamy zupełnie inną sytuację, najważniejsza jest bowiem twórcza inwencja czło­wieka. Kluczem do bogactwa — spójrzmy na Japonię — nie jest już żyzna ziemia czy surowce, ale wykształcenie i kwalifikacje ludzi. Dlatego bitwa o Polskę, by użyć modnego hasła, rozgrywa się przede wszystkim w szkole. Tylko tam można wychować no­we pokolenia nastawione twór­czo do życia, czyniące z Polski silne i zamożne państwo. Sfera bogacenia się jest więc miej­scem, gdzie chrześcijanin może i powinien być aktywny. Ale tylko — przypomnę księgę Syracha — „to bogactwo jest dobre, które jest bez grzechu". Jeśli ktoś zarobił nieuczciwie pieniądze, to jego bogactwo będzie również niegodziwe. W przedsiębior­czym działaniu na wolnym ryn­ku — podkreśla to z całą mocą encyklika „Centesimus Annus" Jana Pawła II — istnieje sposob­ność do realizowania chrześci­jańskiego powołania.

Wielu jednak zwolenników ka­tolickiej nauki społecznej podkreśla nadal prymat pra­cy nad kapitałem.

I słusznie. Czynią to również często teoretycy i praktycy wol­nego rynku. Czytając niektóre mowy Abrahama Lincolna, któ­ry nie był ani socjalistą ani ka­tolikiem, nie mogę oprzeć się porównaniu ich z encykliką „La-borem exercens" papieża Jana Pawła II, tak bardzo podobne są w nich myśli o kapitale i pracy. Kapitalizm to przecież nie tylko kapitał plus wymiana na wol­nym rynku, bo były one już zna­ne w starożytności. Kapitalizm współczesny to przede wszyst­kim przedsiębiorczość i szybkie, systematyczne wdrażanie osią­gnięć naukowo-technicznych. To również konsekwentne roz­szerzanie sfery wolności i dobro­bytu. Zaletą demokratycznego kapitalizmu jest jego zdolność do usprawniania i autokorekty.

Czy w takim razie katolik mo­że być liberałem?

Jeśli liberalizm przyjmuje się ja­ko ideologię, która uznaje wol­ny rynek za mechanizm dosko­nały, za pewien absolut, to dla katolika taka absolutyzacja jest oczywiście nie do przyjęcia. Może on jednak przyjąć libera­lizm jako skuteczną technikę wymiany dóbr i uruchomienia potencjału ludzkiego. Z kolei na . poziomie politycznym libera­lizm oznacza system demokra­tyczny. Jeśli przypisuje mu się atrybuty boskie, zdolność okre­ślenia co jest dobre, a co złe, to chrześcijanin musi powiedzieć: nie. Nie może bowiem służyć fałszywym bogom. Powinien jednak przyjąć demokrację — uczy Jan Paweł II — jako sy­stem oparty na uczestnictwie, dialogu i poszukiwaniu twór­czych kompromisów. Prawdzi­wy problem zaczyna się na po­ziomie kultury, tu konsekwent­ny liberalizm jest naprawdę nie­bezpieczny, bo oznacza, że każ­dy ma swoją prawdę i swoje wartości. W rezultacie rozmywa się wartości moralne. A wtedy wygrywa ten, kto ma większą siłę przebicia, zwłaszcza ten, kto zawładnie mediami. Jak słu­sznie zauważył autor „Społe­czeństwa otwartego" Karl Po-pper: „Jeśli nie ma prawdy ab­solutnej, wszystko, co się mówi, może być prawdą". Prowadzi to jednak do prawa pięści, nie do prawa prawdy.

Rozmawiali

GRZEGORZ SIECZKOWSKI

I TOMASZ WOŁEK

[w:] „Życie ekstra”, dodatek do „Życia Warszawy” z dn. 15 X 1993

Biuro w Krakowie
email
ul. Dominikańska 3/13 31-043 Kraków
tel. 012 423 11 75
otwarte: pon. - pt. 9-15
Biuro we Wrocławiu
email
ul. Nowa 4/1b 50-082 Wrocław
Biuro w Warszawie
email
ul. Freta 20/24a pok. 108 00-227 Warszawa