Chętnie używamy wszelkich „izmów", bo łatwo opisują rzeczywistość. Albo w całości przekreślają albo bezkrytycznie afirmują. Rzeczywistość jednak jest bardziej skomplikowana. Możemy na przykład mówić o wielu bardzo różnych i niekiedy nawzajem się zwalczających liberalizmach. Ogólnie rzecz ujmując liberalizm nie jako ideologia, lecz jako technika życia społecznego na poziomie ekonomicznym (wolny rynek) i politycznym (demokracja), jest mechanizmem sprawdzonym w praktyce i nader zgodnym — co podkreśla Jan Paweł II- z katolicką nauką społeczną. Natomiast liberalizm kulturowy w sensie odrzucenia idei prawdy absolutnej, a więc idei dobra i zła, owocuje w życiu społecznym relatywizmem oraz erozją więzi społecznych czy wreszcie agresją międzyspołeczną. Taki liberalizm Kościół — ale czyni tak również bardzo wielu wybitnych myślicieli nie związanych z Kościołem — zdecydowanie odrzuca. W XIX wieku między liberalizmem a Kościołem była toczona wyjątkowo ostra i bezpardonowa wojna i wciąż jeszcze żyjemy na gruzach tamtej konfrontacji. Dzisiaj jednak mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Podróżujący po całym świecie papież w żadnej mierze nie jest już przysłowiowym „więźniem Watykanu", a współczesny liberał wcale nie musi być wojującym antyklerykałem. W tych nowych warunkach — na progu XXI wieku — nie warto patrzeć na sprawy ekonomii i polityki w kategoriach dziewiętnastowiecznych.
Czy polski, jeszcze „nieopierzony" kapitalizm, często intelektualnie bardzo słaby, niekiedy przeradzający się bez mała we własną karykaturę, i ten Kościół, będący przez lata bastionem oporu narodowego, ale jednocześnie mniej nakierowany na wyzwania, które przynosi współczesność, są w tych nietypowych polskich warunkach do tego spotkania w równym stopniu nieprzygotowane?
Pamiętam sympozjum w Waszyngtonie, na którym doszło do spotkania polskiej delegacji z czołówką zachodnich ekonomistów. Zagraniczni specjaliści zarzucali naszej stronie brak przygotowania do przeprowadzania reform rynkowych. I wówczas wstał minister Maciej Kozłowski i zapytał: „Panowie dostali tysiące dolarów i napisali tysiące stron różnych prognoz, ale czy wśród nich jest chociaż jedna kartka, na której można znaleźć poradę dla Europy Wschodniej jak zreformować gospodarkę? ". Zachodni eksperci musieli przyznać, że i oni nie potrafili przygotować się do klęski komunizmu. Dziś wszyscy muszą się uczyć, prezydent, parlament, akcjonariusze, robotnicy, chłopi i Kościół. Może wydawać się, że jest to nauka powolna, ale w rzeczywistości jest to bardzo szybki proces. Musimy pamiętać, że to, co się stało, jest prawdziwą rewolucją, że społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej wciąż przeżywają ogromny szok związany ze zmianą całego systemu.
Refleksja dotycząca liberalizmu demokratycznego i jego zderzenia z Kościołem była na polskim gruncie w sumie wątła i uboga. Nie intelektualnie, ale ilościowo. Wcześniej była oczywiście bogata publicystyka Mirosława Dzielskiego, był, niezwykle przewrotny, Stefan Kisielewski, byli też — w trochę innym stylu — Stanisław Stomma i Henryk Woźniakowski. Aleksander Hall również trącał te struny. Ale pomimo tak znaczących nazwisk tej refleksji było zbyt mało.
Totalne wyzwanie komunizmu domagało się unifikującej odpowiedzi. Dla Kościoła podstawowym problemem było ocalenie skrawków życia społecznego, w których mogła przetrwać wolność i prawda. „Solidarność" okazała się znakomitą antytotalitarną odpowiedzią ze strony społeczeństwa. Ale później z powodu swojej „molochowatości" stała się anachroniczna. Dziś rzeczywistość zadaje nam nowe pytania i musimy szukać nowych odpowiedzi.
Księża, jako jedna z niewielu grup społecznych w Polsce, mają doświadczenia gospodarcze. Z kolei, paradoksalnie, wśród katolików świeckich dominują dwie tendencje. Pierwsza, zdominowana myśleniem historycznym, koncentruje się na restytucji struktur z przeszłości, zaś druga ogranicza się jedynie do rozważań czysto teoretycznych, polegających na żonglowaniu cytatami z papieskich encyklik.
Nie zgodziłbym się z tezą o pozytywnym charakterze doświadczeń gospodarczych kleru. Po pierwsze, nie jest to wcale takie dobre, bo przede wszystkim mamy głosić światu Jezusa Chrystusa, w dodatku w sferze ekonomicznej może zastąpić nas każdy, a w głoszeniu Ewangelii i udzielaniu sakramentów jesteśmy w jakimś stopniu niezastąpieni. Nawet jeśli jednak księża posiadali jakieś doświadczenie ekonomiczne, nie jest ono dziś przydatne, bo zostało nabyte w dość specyficznych warunkach tzw. gospodarki socjalistycznej. Zresztą, podobnie jak chłopi, którzy wtedy byli bastionem przedsiębiorczości, a dzisiaj w nowej sytuacji nie mogą się odnaleźć. Ja sam dość sprawnie poruszam się w nowej rzeczywistości gospodarczej, ale to nie dlatego, że jestem księdzem, ale ponieważ jestem dyrektorem działającego na wolnym rynku wydawnictwa. Ale kiedyś wydawnictwo od swojego szefa wymagało zupełnie innych umiejętności: musiał być sprawny w załatwianiu przydziałów papieru i prowadzeniu rozmów z cenzurą. Nie musiał nic wiedzieć o marketingu, dystrybucji i efektywności, bo takie sfery w jego działalności nie istniały. Żartuję zresztą z moich amerykańskich, wybitnych przyjaciół, takich jak Michael Novak, George Weigel czy Richard Neuhaus, piszący świetne książki o ekonomii i społecznej nauce Kościoła, że są tylko teoretykami i pięknoduchami, a ja jeden jestem prawdziwym wolnorynkowym przedsiębiorcą. Nie bez przyczyny jednak ich wspominam, widząc jak po 1989 roku powstaje zupełnie nowa rzeczywistość ekonomiczna, polityczna i kulturowa, zrozumiałem, że dla mnie, również człowieka Kościoła — nie może to być obojętne. Zacząłem więc szukać środowiska, które byłoby ortodoksyjne, prawdziwie katolickie, to znaczy nie rozcieńczało wiary, nie akomodowało Ewangelii do potrzeb świata, ale znajdowało się, w krytycznym, lecz mądrym i twórczym dialogu ze współczesnością. I wtedy odkryłem środowisko grupujące się wokół takich pism jak „Crisis" czy „First Things", którego liderami są wspomniani przeze mnie trzej Amerykanie. I od tego czasu współpracujemy ze sobą.
Dla większości chrześcijan jedynym ewangelicznym obrazem związanym z biznesem jest wygnanie kupców ze świątyni.
Z Ewangelii można wyczytać krytyczny stosunek do bogactwa, ale nie jest to jednoznaczne potępienie. Zawsze przecież trzeba pamiętać, że Ewangelia nie jest podręcznikiem ekonomii politycznej czy gospodarczej, ale jest podręcznikiem „ekonomii zbawienia". Krytyczny stosunek do bogactwa w Ewangelii jest raczej wynikiem tradycji antycznej, w której lekceważono działalność gospodarczą. W dodatku w gospodarce quasi-statycznej bogacenie się łączyło się najczęściej z niegodziwością. Jeśli ktoś chciał szybko zarobić, wybierał się na wojnę. Tylko ona dawała szansę na duży zarobek, a w mniejszej skali można było zająć się zbójeckim łupieniem albo też lichwą. Korzyści majątkowe mógł dawać jeszcze serwilizm, przypochlebianie się możnym tego świata. Dzisiaj jednak mamy zupełnie inną sytuację, najważniejsza jest bowiem twórcza inwencja człowieka. Kluczem do bogactwa — spójrzmy na Japonię — nie jest już żyzna ziemia czy surowce, ale wykształcenie i kwalifikacje ludzi. Dlatego bitwa o Polskę, by użyć modnego hasła, rozgrywa się przede wszystkim w szkole. Tylko tam można wychować nowe pokolenia nastawione twórczo do życia, czyniące z Polski silne i zamożne państwo. Sfera bogacenia się jest więc miejscem, gdzie chrześcijanin może i powinien być aktywny. Ale tylko — przypomnę księgę Syracha — „to bogactwo jest dobre, które jest bez grzechu". Jeśli ktoś zarobił nieuczciwie pieniądze, to jego bogactwo będzie również niegodziwe. W przedsiębiorczym działaniu na wolnym rynku — podkreśla to z całą mocą encyklika „Centesimus Annus" Jana Pawła II — istnieje sposobność do realizowania chrześcijańskiego powołania.
Wielu jednak zwolenników katolickiej nauki społecznej podkreśla nadal prymat pracy nad kapitałem.
I słusznie. Czynią to również często teoretycy i praktycy wolnego rynku. Czytając niektóre mowy Abrahama Lincolna, który nie był ani socjalistą ani katolikiem, nie mogę oprzeć się porównaniu ich z encykliką „La-borem exercens" papieża Jana Pawła II, tak bardzo podobne są w nich myśli o kapitale i pracy. Kapitalizm to przecież nie tylko kapitał plus wymiana na wolnym rynku, bo były one już znane w starożytności. Kapitalizm współczesny to przede wszystkim przedsiębiorczość i szybkie, systematyczne wdrażanie osiągnięć naukowo-technicznych. To również konsekwentne rozszerzanie sfery wolności i dobrobytu. Zaletą demokratycznego kapitalizmu jest jego zdolność do usprawniania i autokorekty.
Czy w takim razie katolik może być liberałem?
Jeśli liberalizm przyjmuje się jako ideologię, która uznaje wolny rynek za mechanizm doskonały, za pewien absolut, to dla katolika taka absolutyzacja jest oczywiście nie do przyjęcia. Może on jednak przyjąć liberalizm jako skuteczną technikę wymiany dóbr i uruchomienia potencjału ludzkiego. Z kolei na . poziomie politycznym liberalizm oznacza system demokratyczny. Jeśli przypisuje mu się atrybuty boskie, zdolność określenia co jest dobre, a co złe, to chrześcijanin musi powiedzieć: nie. Nie może bowiem służyć fałszywym bogom. Powinien jednak przyjąć demokrację — uczy Jan Paweł II — jako system oparty na uczestnictwie, dialogu i poszukiwaniu twórczych kompromisów. Prawdziwy problem zaczyna się na poziomie kultury, tu konsekwentny liberalizm jest naprawdę niebezpieczny, bo oznacza, że każdy ma swoją prawdę i swoje wartości. W rezultacie rozmywa się wartości moralne. A wtedy wygrywa ten, kto ma większą siłę przebicia, zwłaszcza ten, kto zawładnie mediami. Jak słusznie zauważył autor „Społeczeństwa otwartego" Karl Po-pper: „Jeśli nie ma prawdy absolutnej, wszystko, co się mówi, może być prawdą". Prowadzi to jednak do prawa pięści, nie do prawa prawdy.
Rozmawiali
GRZEGORZ SIECZKOWSKI
I TOMASZ WOŁEK
[w:] „Życie ekstra”, dodatek do „Życia Warszawy” z dn. 15 X 1993


