Źle jest z edukacją w Polsce. Nie myślę tu nawet o edukacji na poziomie szkół wyższych, gdzie jest jeszcze bez porównania lepiej, ale o szkołach podstawowych, a zwłaszcza o szkole średniej jako ogniwie pośrednim,, przygotowującym do studiów. Problemem jest tu po pierwsze wielkość populacji kształconej na poziomie średnim. Dane statystyczne na ten temat są przerażające i wskazują, że w Europie gorzej niż u pas sytuacja wygląda tylko w Albanii — tylko tam jest mniejszy procentowo udział młodzieży kształcącej się powyżej szczebla podstawowego — natomiast przewyższa nas pod tym względem cała grupa krajów afrykańskich, z Nigerią na czele. Wskazuje to na stan zagrożenia cywilizacyjnego, w jakim się znaleźliśmy. Właściwie można by tu mówić także o zagrożeniu biologicznym, bo to nie bogactwa naturalne i surowce, nie ziemia decyduje o bogactwie kraju — tylko ludzie. O tym świadczą np. wysoko rozwinięte kraje azjatyckie*; które mają, surowców mało, a ziemi prawie wcale (mówię tu zwłaszcza o państwach wyspiarskich wśród tzw. „azjatyckich tygrysów"). A więc właśnie w czynniku ludzkim tkwi główne bogactwo, oraz cywilizacyjna i kulturowa możliwość przetrwania — przetrwania również dla tożsamości narodowej i Kościoła. I wobec tego w gronie, w którym jest tylu ludzi kultury, tylu naukowców, tylu ludzi pióra i polityków, trzeba bić na alarm, trzeba o tych sprawach mówić przede wszystkim. Zwłaszcza, że chodzi tu nie tylko o ilość kształconej młodzieży, bo tu wchodzą w grę pewne limity ekonomiczne, ale i o sam sposób kształcenia w polskiej szkole.
Często mówi się, jak ważnym problemem jest dekomunizacja, ale raczej patrzy się w to miejsce, gdzie mieliśmy do czynienia z silną, instytucjonalną komunizacją, z fizycznym podtrzymywaniem reżimu. Ale oczywiście szkoła była również takim miejscem, gdzie to podtrzymywanie reżimu miało miejsce, choć dużo delikatniejszymi metodami. Zapominamy na przykład, jak bardzo ważna była konsekwentnie przez lata prowadzona negatywna selekcja do zawodu nauczycielskiego. Nie chcę tu nikogo dotknąć (wiadomo, że jest w szkolnictwie grupa osób bardzo wartościowych), ale miałem ostatnio serię rozmów z nauczycielami i dyrektorami szkół z Warszawy, Krakowa, Wrocławia i Poznania. Oni wszyscy prywatnie mówią: „żyjemy w środowisku zdegenerowanym, w którym panuje niewiarygodna inercja. Jest co prawda trochę zapaleńców. Jest trochę ludzi wybitnych, których zresztą dyrektorzy najczęściej nie szanują, natomiast większość mówi o kagańcu oświaty, o etosie, ale tylko po to, aby petryfikować stary układ. Nawet podwyżki są mniej ważne niż konserwowanie układu".
Zdemokratyzowanie szkoły, jak mówił mi jeden z dyrektorów, wspaniale wzmogło te tendencje. Szkoła dostała w tej postaci instrument, żeby nie dokonywać już żadnych zmian. Lata negatywnej selekcji sprawiły, że komunizacja środowiska nauczycielskiego jest bardziej mentalna niż instytucjonalna. Podam jeden tylko przykład: widziałem kserokopię zeszytu pewnej uczennicy z Zielonej Góry, z lutego 1992 roku. W zeszycie do języka polskiego, w czwartej klasie, zapisano co następuje: „Od Zachodu Polska Rzeczpospolita Ludowa graniczy z Niemiecką Republiką Demokratyczną". W szkole jeszcze teraz tego się uczy! Oczywiście, można powiedzieć, że jest to przypadek kuriozalny, ale myślę, że ten zapis o czymś jednak mówi. O tym, do czego doprowadziła selekcja negatywna, o tym jak sytuacja obecna woła o jakąś zmianę, i o tym, że tej zmiany wciąż prawie nie ma.
Jednocześnie przychodzi obecnie do szkół nowe pokolenie, o którym wiele można by mówić. Statystyki mówią na przykład o gigantycznym wzroście marginesu przestępczego wśród młodzieży, i dotyczy to nie tylko pospolitych przestępstw, ale i zbrodni, zabójstw, itp. Te wskaźniki ulegają podwojeniu i potrojeniu. Przykłady z prasy: zabójstwo taksówkarza — sprawcy: 16,17 i 18 latek; 11 latek, narkoman, oblał swojego starszego kolegę benzyną i śmiertelnie poparzył. I znów można powiedzieć, że to margines, margines, który był, i który jest zawsze. Ale jest też taka stara zasada, że od niepamiętnych czasów społeczeństwo dzieli się na policjantów, złodziei i tych, którzy są okradani — tylko proporcje między tymi grupami się zmieniają w różnych okresach. No i, niestety, obecnie te proporcje zmieniają się ewidentnie na niekorzyść. margines przestaje być marginesem, a skala i niebezpieczeństwo zjawisk narastają bardzo szybko.
Cecha, którą podkreślają wszyscy nauczyciele, z którymi rozmawiałem, jest jakiś ogromny ahistoryzm tego pokolenia, wychowywanego na video-clipach, na błyskawicznym, komiksowo-reklamowym skrócie informacji wyrwanych z kontekstu kulturowego. To nie jest wina tego pokolenia, natomiast taki mamy czas, i o tym trzeba poważnie myśleć. Wydaje mi się, że wyrwanie nauczania z kontekstu historycznego, z kontekstu kulturowego, co proponują niektórzy dzisiejsi reformatorzy szkoły — „ponieważ młodzież jest taka, wobec tego nie można jej serwować kontekstu historycznego, bo ona tego nie przyjmie" — jest po prostu formą samobójstwa kulturowego, samobójstwa cywilizacyjnego, chrześcijańskiego - jak byśmy tego nie nazwali. Czytałem listy nauczycieli o tym, jak młodzież oglądała Chłopów na video (bo teraz oczywiście Już nie czyta się lektur, jest czas oglądania), i jak Boryna zrobił ręką znak krzyża na bochenku chleba, to klasa wybuchnęła śmiechem-Zapytani: dlaczego? -- właściwie nie potrafili odpowiedzieć. Był to po prostu dla nich jakiś magiczny, nieczytelny znak. To znaczy, że rwie się pewien elementarny przekaz kulturowy, który zresztą w Polsce jest jeszcze stosunkowo mocny. Natomiast opowiadał mi w Paryżu pewien znajomy profesor polskiego pochodzenia, emigrant z 1968 roku, że Jak jego syn w czasie wycieczki szkolnej w Luwrze rozpoznał, że postaci na obrazie z osiołkiem to Pan Jezus, Maria i Józef, i że jest to ucieczka do Egiptu, to cała klasa najpierw oniemiała, potem zaczęła się śmiać i bić brawo, bo on był jedynym uczniem, który umiał rozpoznać ten motyw ewangeliczny. Dla reszty tylko osiołek był znajomy, a Pan Jezus, Matka Boska nawet w sensie kulturowym byli abstrakcją, nie mówię już o sensie religijnym.
Oczywiście z takich obrazków łatwo składa się tekst. Ale pod powierzchnią tych anegdot kryją się zjawiska poważne, fundamentalne zjawiska kulturowe. Trzecim takim zjawiskiem, na które chciałbym zwrócić uwagę, jest to, które sprawia, że młode pokolenie, zostało już nazwane (w prasie) „pokoleniem utrzymanków". I znów, mówię o tym nie po to, żeby oskarżać. Przychodzą bowiem ci młodzi ludzie do bardzo kiepskiej szkoły, z kiepskiej rodziny, w społeczeństwie przeoranym przez 50 lat komunizmu. Ale trzeba dostrzec to, na co wskazują badania socjologiczne. Porównując młodzież amerykańską, niemiecką, francuską i polską, średnio rzecz biorąc, około 80 procent tych z Zachodu uważa,, że ich przyszłość zależy od ich własnych umiejętności i pracy, a to samo deklaruje zaledwie .20 procent młodych Polaków. Natomiast w ankiecie z terenu Polski północnej (dość małej ankiecie, a więc może nie reprezentatywnej, ale ciekawej), którą robiono wśród młodzieży szkół średnich na temat: jakie powinno być „kieszonkowe" wypłacane im przez rodziców, ponad połowa badanych odrzekła, żewinna to być suma powyżej 700 tysięcy, a tylko niecałe dwa procent młodzieży w wieku 15-16 lat uznało, że powinno się też własną pracą przyłożyć nieco do tej sumy.
Są to symptomy ważnych zjawisk społecznych. Badania bezrobotnych do lat 24 dotyczące ich planów na przyszłość mówią; że 13 procent podjęłoby się każdej pracy, i jest to w pewien sposób .ofensywna odpowiedź.10 procent ankietowanych mówi, że chce założyć własną firmę - jest to raczej wishfull thinking, do ale też optymistyczny. 34 procent, deklaruje dalszą naukę, w czym jest rodzaj ucieczki, ale i myślenie racjonalne: wyższe kwalifikacje dają większe szansę- Natomiast 43 procent reaguje wyłącznie ucieczkowe: emigracja, zasiłek, niepewność. Prawie połowa młodych bezrobotnych rezygnuje więc już w momencie startu. Takie są socjologiczne próby uchwycenia poważnych problemów, przed którymi stoimy. I w tym kontekście rozpatrywać musimy problem szkoły, problem reformy programów, a przede wszystkim problem zmiany nauczycieli. Tej młodzieży przede wszystkim bowiem potrzeba wychowawców, tzn. ludzi z autorytetem osobowym, kompetentnych fachowo, ale i potrafiących przekazać pewna postawę moralną, ideową — przekazać te wartości w sposób nieautorytatywny — ale przez Silną osobowość, która młodych zainspiruje i pokaże im przykład. W szkole polskiej wychowawców w tym rozumieniu prawie w ogóle nie ma, bo wychowawca — ktoś kto uczniów formuje — przez całe lata był w szkole źle widziany. On raczej miał za zadanie doprowadzić ich — doprowadzić nas — na pochód pierwszomajowy, zgromadzić na akademii z okazji rewolucji październikowej, odczytać powieść artystki Wasilewskiej Pokój na poddaszu, itd., itp. W ogromnej mierze na tym właśnie polegało oddziaływanie na korę mózgową, na podświadomość całej generacji. I wobec tego nie udaje się ani odgórna reforma oświaty, ani różnego typu pomysły księżycowe, np. żeby wprowadzić programy autorskie. Jeśli mielibyśmy świetnych nauczycieli, to byłoby bardzo sensowne, jeżeli zaś są oni tacy, jacy są, to pomysł ten tylko teoretycznie jest sensowny. Także za przekazywaniem szkół gminom (co jest procederem rzadkim i nieskutecznym, bo polegającym na tym, żeby państwowa szkołę opłacała gmina z własnego funduszu) nie stoi żadna głębsza reforma dająca nowe modele wychowania i formująca programy.,
Jeżeli się mówi o reformie programów, to wyraźnie widać w tym stygmat political correctness , który idzie w stronę harmonijnego, bezstresowego, pełnego rozwoju ucznia, i to w miarę możliwości wyłącznie w oparciu o przyjemności, które szkoła winna uczniom organizować. To brzmi na pozór sympatycznie: każdy z nas winien sobie życzyć harmonijnego, bezstresowego życia z pełnym rozwojem, i żeby wszystko było przyjemnością, tylko że życie niestety wygląda trochę inaczej i nauka wygląda inaczej. Ja, na przykład, jako fizyk, musiałem najpierw mnóstwo rzeczy wkuwać, żeby potem dopiero poznać swoiste piękno procedur fizycznych. Nauka języków, na początku, dla niewielu osób- jest ciekawa, ale coś sensownego daje. Szkoła więc przede wszystkim powinna uczyć i wychowywać, co jest może bardzo staroświeckie i niezmiernie konserwatywne, ale myślę, że wiele osób w Polsce ciągle podziela ten pogląd. I stąd reformy, które będą szły w kierunku political correctness muszą być stopowane, a one w tę stronę wyraźnie idą.
W prasie i w mediach słyszy się na temat programów wychowawczych, że wspominanie o trwałości małżeństwa to już jest ideologizacja szkoły. W ogóle - etyka jako taka — wprowadzanie jakichkolwiek miar etycznych, to już jest ideologizacja, wpychanie jakichś opcji wyznaniowych, jakichś prywatnych przekonań -szkoła jest od nauki, szkoła ma przekazywać czystą naukę, która jest oczywiście abstrakcją, co przyzna każdy filozof nauki, niemniej jednak to nie filozofowie nauki układają programy; tylko różnego typu urzędnicy, i różnego typu ideologowie. Ich właśnie zdaniem, trwałość małżeństwa należy do sfery ideologii, natomiast nie jest ideologią to, co dwa lata temu wprowadzono w stanie Nowy Jork, co teraz wprowadza się we Francji, i co dojdzie też do Polski, a więc kwestia zapobiegania AIDS, a więc prezerwatywy, a więc trenowanie na lekcjach zakładania i zdejmowania prezerwatyw - koedukacyjnego. W stanie Nowy Jork dziesięciolatki dowiadują się na lekcjach o seksie analnym, oralnym — bo to jest technika — to nie jest ideologia. Kiedy lekko wspomniałem o tym, w którymś ze swoich tekstów, to postępowe pismo napisało, że Kościół bardziej boi się prezerwatyw niż AIDS w Polsce. Na tym poziomie dyskusji już oczywiście być nie może. Natomiast bezsprzecznie ktoś powinien zauważyć, że za tego typu podziałem na etykę i technikę idzie bardzo konkretna wizja jednostki ludzkiej i jej powołania, wizja życia rodzinnego, wizja życia społecznego.
Kończę więc apelem do tu obecnych i do wszystkich - o tworzenie pewnego lobby reformatorskiego szkoły, którego ciągle nie ma. Reforma ta musi iść w stronę swego rodzaju prywatyzacji szkoły, tzn. przede wszystkim uruchomienia energii rodziców. Rodzicom bowiem z reguły zależy na tym, żeby dzieci były dobrze wykształcone i dobrze wychowane. Potwierdzają to. co ciekawe, amerykańskie, badania wśród nauczycieli zrzeszonych w związkach zawodowych w stanie Illinois. Nauczyciele ci aktywnie walczą o swoje przywileje i o „politycznie poprawną "reformę programów nauczania. Tymczasem 92 procent tychże nauczycieli posyła swoje dzieci do szkół prywatnych. Działają więc oni racjonalnie jako nauczyciele — dążąc do rozszerzenia swoich przywilejów i poglądów, ale jako rodzice również postępują racjonalnie — broń Boże nie chcą, żeby ich własne dzieci w tego typu systemie były edukowane.
Wydaje mi się więc, że cały ten potencjał rodzicielski, który zawsze działa w kierunku zapewnienia dobrej i sensownej przyszłości dzieciom, w Polsce jest niewykorzystywany. Rodzice nie mają szansy wyboru, należy więc działać w kierunku reformy programu, preferencji dla postaw wychowawczych i reprywatyzacji szkoły. Niech istnieją różne szkoły, także te bardzo postępowe, i niech d, którzy chcą, posyłają tam swoje dzieci. Nie chodzi o to, żeby czegoś zakazywać, lub coś niszczyć odgórnie. Ale sytuacja taka; jak obecnie, jest dramatyczna. Rodzice są bezradni, a lobby, o którym mówiłem, wciąż nie istnieje. Myślę więc, że ludzie kultury, członkowie takiego gremium jak to tutaj, mają duży potencjał, który poprzez pisanie i działanie na rzecz tej sprawy mogliby uruchomić. Przekład wartości na konkretną praktykę oddolną i włączenie do tego problemu rodziców uważam za sprawę kluczową. Miałoby to znaczenie na każdym poziomie, jaki rozważamy: jednostki, narodu. Kościoła czy cywilizacji.
Sądzę też, że w bardzo małym stopniu, w porównaniu do tego, o czym mówię, rozgrywa się bitwa o Polskę w parlamencie, na giełdzie, czy w bankach. W bez porównania większym stopniu rozgrywa się ta bitwa w polskiej szkole.
Tekst spisany' -z taśmy. Nieautoryzowany Maciej Zięba –
„Arka”46(4) 1993


