O nieświęta naiwności. Któryż to już raz dałem się nabrać wolnym mediom?
Kiedy kłamią w pojedynkę potrafię się obronić. Gdy po publikacji encykliki „Veritatis splendor” – będąc akurat w USA – przeczytałem w „The Boston Globe”, że „koncentruje się ona głównie na problemie kontroli urodzin”, a w „Washington Post”, „że jest to zawarte na 179 stronach przesłanie zalecające katolikom nieużywanie kondomów” od razu wiedziałem, że nie piszą prawdy. Sprawdziłem oryginalny tekst i zobaczyłem, że jest to traktat teologiczno-filozoficzny o podstawach moralności, o współczesnych teoriach moralnych i o kondycji etycznej dzisiejszego świata, w którym rzeczywiście na 179 stronach (tu jedynie „Post” napisał prawdę) problem antykoncepcji wspomniany jest jedynie w kilku wyrazach, a słowo „kondom”, czy jego ekwiwalent, nie jest użyte ani razu. Problem pozostaje to, ilu spośród milionów czytelników obu tych opiniotwórczych gazet sięgnęło do tekstu encykliki?
Pamiętam jednak swoje zawstydzenie i zażenowanie jako księdza, gdy przed jedenastu laty, w mediach polskich, a jeszcze bardziej angielskich, francuskich, włoskich, amerykańskich, holenderskich, szwedzkich, niemieckich, a niesłuszne byłoby pominięcie szwajcarskich, duńskich, hiszpańskich i jeszcze dobrych paru innych krajów, przewaliła się fala komentarzy na temat „Apelu papieża do zgwałconych Bośniaczek, by urodziły dzieci będące efektem gwałtu”. Mówiły o tym radio i telewizja, dzienniki i tygodniki, wypowiadali się publicyści, politycy i feministki, reżyserzy, psycholodzy i aktorki. Nawet w „papieskiej” Polsce eminentne postaci życia publicznego mówiły o „niewrażliwości na tragedię strasznie poniżonego człowieczeństwa, czy wręcz graniczącego z fanatyzmem absolutyzmu moralnego”, o tym, że „apel starszego pana o wielkim autorytecie to była wielka niestosowność”, nie tylko dla tego, że jest „szokujący”, ale też dla tego, że jest „okrucieństwem” i „brzmi jak okrutne szyderstwo”. Gdy media całego świata i autorytety całego świata przemawiają w takiej tonacji nie sposób nie poczuć się nieswojo. Zresztą faktycznie, nawet słuszny moralnie apel do potwornie skrzywdzonych, poranionych kobiet, w dodatku przyznających się do innej tradycji religijnej może budzić poważne wątpliwości. Coś jednak, jako że - jak sądzę – znam trochę sposób myślenia Jana Pawła II nie dawało mi spokoju. Dzięki temu trafiłem na trudno dostępny w Polsce – a podobnie w USA, Niemczech, Francji, Holandii, Anglii, Holandii i tak dalej…- oryginalny tekst dokumentu. Okazało się że jest to „List Ojca świętego do arcybiskupa Sarajewa o katastrofalnej sytuacji materialnej i moralnej spowodowanej wojną w Bośni i Hercegowinie”, który był pięknym papieskim apelem do wspólnoty katolickiej o to by „na barbarzyństwo nienawiści i rasizmu odpowiedzieć mocą miłości i solidarności” i w którym pośród wielu przejawów barbarzyństwa wojny wspominane są też i ofiary gwałtów oraz „należne im zrozumienie i solidarność”.
Wspominam tamto wydarzenie, bo to samo zażenowanie towarzyszyło mi, gdy wszystkie media europejskie informowały o „sprawie Rocco Butiglione”. Wiem że jest to rzetelny intelektualista i prawy katolik mocno zaangażowany w życie polityczne, który mógłby wnieść wiele dobrego w działania Unii Europejskiej, ale byłem też pewien, że w trakcie przesłuchań przed komisją popełnił poważne błędy. Nie powinno się bowiem, nawet w delikatny sposób, wprowadzać w debatę polityczną pojęcia grzechu, a szczególnej precyzji i delikatności domaga się kontekst homoseksualizmu. Nie powinno się także wypowiadać sądów, które – nawet w delikatny sposób – dezawuują samotne matki i wspierają patriarchalny model rodziny. Za takie błędy polityk musi ponieść konsekwencje. Broniłem tej tezy w wielu debatach. Ostatnio – w Rzymie – podczas dyskusji z Hanną Gronkiewicz-Walz i Hanną Suchocką. Nikt z nas nie kwestionował faktów, o poglądach Buttiglionego trąbiły wszystkie media, różniły nas jedynie kwestie interpretacji. Ja byłem najbardziej krytyczny. I oto w sobotniej „Gazecie Wyborczej” czytam jak o swoich poglądach mówi ich autor – Rocco Buttiglione: „wbrew temu co twierdzą media – sam z siebie nie wprowadziłem pojęcia grzechu – bo ta problematyka przynależy do debaty teologicznej, czy filozoficznej, a nie politycznej. Pojęcie grzechu wprowadzili do naszej rozmowy ci, którzy mnie przepytywali. Zresztą potem wciąż do niego wracali. Ale ja nie podjąłem tego wątku tylko odpowiedziałem tak oto: Możliwe, że myślę (czyli możliwe również, że wcale tak nie myślę), iż homoseksualizm jest grzechem, lecz dla debaty politycznej nie ma to najmniejszego znaczenia. Co innego gdybym powiedział, że homoseksualizm jest przestępstwem, ale tego nie powiem na pewno, ponieważ uważam, że nie można nikogo dyskryminować. Gdyby wszyscy grzesznicy mieli iść do więzienia, nikt nie chodziłby wolny, a ja trafiłbym za kratki jako pierwszy. Ale na szczęście istnieje różnica między sferą moralności, polityki i prawa”
Nader Orwellowskie – ludzie, którym obce jest pojęcie grzechu, nagle nie tylko uznają je za niesłychanie istotne, ale co więcej wprowadzają to pojęcie do dyskursu politycznego i dyskwalifikują jako religijnego fanatyka człowieka, który wskazuje na różnicę pomiędzy moralnością a polityką i prawem.
Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa samotnych matek. Pojawiły się one w debacie o polityce zagranicznej: „Komentowałem pogląd Roberta Kagana, jego rozróżnienie pomiędzy Europejczykami – synami Wenus, którzy kochają władzę kultury, a Amerykanami – dziećmi Marsa, którzy chętnie pokazują muskuły, mają władzę militarną i lubią niekiedy po nią sięgać. Powiedziałem wtedy: Biedna Wenus. Sama z tyloma dziećmi – jak jej się uda wszystkie dobrze wychować? I biedny Mars. Dlaczego się nie pobiorą? Potrzebujemy polityki zagranicznej, która potrafi stosować soft power Europy, czyli władzy kultury, i hard power Ameryki. Europa i Ameryka muszą bliżej ze sobą współpracować. Dobra polityka zagraniczna Europy musi się wspierać na dwóch nogach. Trudno jest uprawiać politykę zagraniczną bez siły militarnej. Trudno jest ją również uprawiać wyłącznie poprzez działania zbrojne. Siła militarna i kulturalny to dwie nogi skutecznej polityki zagranicznej”
Następnego dnia media streściły poglądy włoskiego filozofa: Buttiglione atakuje samotne matki.
Wylądowaliśmy w oparach absurdu, więc miałem prawo nie domyśleć się, że to co powtarzają media całego świata jest całkowicie odmienne od poglądów samego Rocco Buttiglione. A jednak pluję sobie w brodę, że kolejny raz dałem się nabrać, bo w tym szaleństwie tkwi przecież metoda. To jest naprawdę niebezpieczne. To też jest totalitaryzm. W wolnych mediach jest bez porównania więcej prawdy i pluralizmu niż to było w mediach komunistycznych, ale kiedy już kłamią – kłamią równie brutalnie jak komunistyczna propaganda: fałszują fakty, selektywnie dobierają komentatorów, uruchomiają nagonki na niewinnych ludzi. I zadziwiająco często dotyczy to tematyki związanej z chrześcijaństwem. Zjawisko to amerykański intelektualista i zarazem ortodoksyjny żyd Joseph Weiler nazwał „chrystofobią” współczesnej Europy ukazując – w swojej książce „Chrześcijańska Europa. Konstytucyjny imperializm czy wielokulturowość” – socjologiczne i psychologiczne korzenie tego zjawiska.
Jako chrześcijanin winienem godzić się z istnieniem prześladowań, które dotykają wyznawców Chrystusa – w Ewangelii wielokrotnie mówi się o ich nieuchronności. Ale zarówno jako Polak jak i obywatel Unii Europejskiej muszę zaprotestować.
Maciej Zięba OP


